„Praca z domu”, niegdyś zarezerwowana dla stosunkowo niewielkiej grupy, stała się powszechna podczas pandemii Covid, kiedy cała populacja została faktycznie zamknięta w swoich domach. Pomimo wielu minusów pandemia pomogła wielu pracownikom biurowym uświadomić sobie, ile czasu dawniej spędzali na dojazdach do pracy oraz że mogą być równie wydajni, pracując przy kuchennym stole, w sypialni czy w pośpiesznie urządzonym domowym biurze. Pandemia i związane z nią obostrzenia są już na szczęście odległym wspomnieniem, jednak ich wpływ na nasze społeczeństwo i styl życia pozostawił trwały ślad. Jednym z nich jest system pracy z domu, obecnie traktowany przez wielu pracowników i pracodawców jako standard, opcja domyślna lub preferowana. Równocześnie niektóre firmy próbują ograniczyć tę praktykę lub całkowicie ją porzucić, a ich pracownicy wracają do biur. To, co zaczęło się jako konieczność wymuszona biegiem wydarzeń, stało się politycznym, społecznym i gospodarczym polem bitwy, w które obecnie angażują się przedstawiciele brytyjskiego rządu, oferując rozwiązania legislacyjne. Prezydent USA Ronald Reagan powiedział kiedyś słynne słowa: „Dziewięć najbardziej przerażających słów w języku angielskim to: Jestem z rządu i jestem tu, aby pomóc”. Doświadczenie uczy nas, że krótkowzroczne, ukierunkowane na szybki zysk decyzje polityczne zawsze niosą ze sobą długofalowe i brzemienne w skutki nieprzewidziane konsekwencje. Jednak w dużej mierze batalia o „pracę z domu” jest tylko politycznym widowiskiem dla tych, którzy ze względu na charakter swojej pracy nie mogą jej brać pod uwagę – tak jak najemni robotnicy z dzisiejszej Ewangelii.
Przypowieść ta stanowi bezpośrednie nawiązanie do rozmowy Jezusa z człowiekiem, który szukał odpowiedzi na nurtujące go pytanie: „Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?” W odpowiedzi Jezus najpierw uniósł brwi: „Dlaczego pytasz Mnie o to, co dobre? Jeden tylko jest Dobry”, po czym nakazał mu przestrzegać przykazań. Mężczyzna oświadczył, że tak właśnie robił i dociekał dalej: „Czego mi jeszcze brakuje?” Jezus, dostrzegając jego roszczeniową postawę, rzucił mu wyzwanie: „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj to, co posiadasz, i daj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną.” W rezultacie człowiek ten „odszedł zasmucony, miał bowiem wiele majętności”. Komentarz Jezusa do tego wydarzenia: „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego” wywołał wielką konsternację wśród Jego uczniów: „Któż więc może się zbawić?” Przypowieść, którą usłyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii, była obrazową odpowiedzią Jezusa.
Jej konkluzja była nie mniej szokująca niż Jego wcześniejszy komentarz o „wielbłądzie i uchu igielnym”, ponieważ rzucała wyzwanie poczuciu sprawiedliwości słuchaczy, a także naszemu własnemu. Jest ono tak głęboko zakorzenione, że mamy tendencję do przenoszenia takiego merkantylnego lub plutokratycznego podejścia na sprawy duchowe. Pewien ksiądz kiedyś powiedział moim przyjaciołom, że dostanie w niebie lepszy „pałac” ze względu na ofiary, jakie poniósł, odpowiadając na kapłańskie powołanie i przyjmując je. Pokręcony rodzaj myślenia, w równej mierze śmieszny, co przerażający. Wartości królestwa niebieskiego nie da się przeliczyć; nie ma go mniej ani więcej. Symbolizuje to zawarta w przypowieści umowa między właścicielem winnicy a najemnikami; była to stawka dzienna, a nie godzinowa. Pod koniec dnia właściciel dotrzymał umowy, podczas gdy ci, którzy przyszli pierwsi, zakwestionowali ją, czując, że zostali potraktowani niesprawiedliwie. W kategoriach ekonomicznych z pewnością wzięlibyśmy raczej ich stronę. Jednak Jezus nie prezentował modelu zatrudnienia, który firmy miałyby dosłownie wdrażać. Ta przypowieść była kolejnym przykładem innej logiki rządzącej „królestwem niebieskim”: logiki hojności ducha, umysłu i serca – wzorca, który Jezus wielokrotnie powtarzał w swoich słowach i czynach, aby zakorzenić go głęboko w umysłach swoich uczniów, a w konsekwencji wpłynąć na sposób, w jaki będą realizować Jego misję. Ostatecznym wyrazem tej logiki była chwila, gdy ukrzyżowany Chrystus obiecał raj żałującemu za grzechy przestępcy, który umierał obok Niego.
Czy taka hojność nie działa demoralizująco? Od czasu do czasu możemy spotkać lub usłyszeć o ludziach, którzy po życiu pełnym beztroski i grzesznych przyjemności – których my sobie odmawiamy ze względów moralnych – zwracają się ku Bogu i religii w późnym wieku, czasem na łożu śmierci. Niektórzy chrześcijanie o „długiej i zasłużonej służbie Bogu i Kościołowi”, konfrontowani z takimi „spóźnialskimi”, uważają to za niesprawiedliwe. U podstaw tej pełnej zazdrości i niechęci postawy leży błędne rozumienie tego, jak owi spóźnialscy postrzegają swoje dotychczasowe życie. Ciężar żalu, winy i ubolewania nad dawnymi złymi uczynkami, złym traktowaniem innych i grzechami często ciąży na ich sumieniu do końca życia. Traktują to jako zmarnowany kawałek życia, niemożliwy do odzyskania. Co bardziej niepokojące, taka postawa sugeruje, że w sercach owych „dobrych chrześcijan” kryje się pragnienie popełniania grzechów, powstrzymywane jedynie brakiem okazji lub strachem przed niepożądanymi konsekwencjami. Jeśli tak jest, musimy pamiętać o ostrzeżeniu wypowiedzianym przez Jezusa: „To, co z ust wychodzi, pochodzi z serca, i to czyni człowieka nieczystym”. Na szczęście wciąż mamy szansę odmienić nasze serca, ponieważ – jak modliliśmy się w dzisiejszym psalmie: „Pan jest łagodny i miłosierny, nieskory do gniewu i bardzo łaskawy. Pan jest dobry dla wszystkich, a Jego miłosierdzie nad wszystkim, co stworzył”.
Image by Rizwan Ullah from Pixabay